Chciałam zachować ciągłość zdarzeń, ale i ciągłośc wypowiedzi, dlatego ten wpis będzie małym wtrąceniem. Opisuje nasz pierwszy wspólny (mój i Wicia) wypad za granicę, nie mogłam więc go pominąć.
Zimą 2017 roku, gdy w Krakowie panował smog i nieprzyjemny mróz, zaczęliśmy szukać z Witkiem jakiejś odskoczni od tego smutnego łez padołu. Po kilku propozycjach i rekomendacjach wybór padł na hiszpańskie Alicante. Nie pozostało nic innego jak kliknąć bilety, nocleg, samochód i zacząć się pakować
Polecieliśmy tam na 3 dni. To były intensywne 3 dni i mam wrażenie, że w te 72h zobaczyliśmy dużo więcej niż niektórzy leniwi turyści wpadający gdzieś na tydzień.
Było przytulanie palem, które bardzo lubię i szanuję:
Było przesiadywanie na kamieniach i słuchanie szumu morza:
Było chodzenie nie po pasach:
Były dziwne konfesjonały:
Było różowe jeziorko, które w rzeczywistości nie wyglądało juz tak różowo.
Pesymistyczne jeziorko:
P.S Salina de Torrevieja, po prostu podjechaliśmy od dupy strony chyba
Jakiś samochód pocałował nasz samochód:
Było ąszuła na plaży, tak jak sobie zaplanowałam:
Była śmieszna kapusta:
Było bieganie z zakupami wokół zamku:
Był nadzwyczajnie duży byk:
Były samoloty z piasku:
Była też marmolada morelowa na lotnisku. Scyzoryk przydał się nie tylko do wina.
Był też czas na ubzdryngolenie się na plaży dwiema butelkami wina. Bagaż podręczny nie pozwolił nam na zabranie ze sobą scyzoryka tudzież otwieracza (mogliby to wreszcie zmienić?) więc musieliśmy takowy otwieracz zakupić. Pech chciał, że sam otwieracz przymocowany był do kartonika trytytką. Przydałyby sie nożyczki, prawda?
Eh, no i lądujesz sobie w takim ciepłym kraju w lutym, masz ochotę posiedzieć na plaży z winem i serem i tyle problemów, zawsze!
Finalnie w ruch poszły chyba witkowe zęby, jak zwykle uratował sytuację.
Wypiliśmy te dwie butelki, zjedliśmy ser pleśniowy President razem z papierkiem. No bo kto by pomyślał, że super praktyką będzie zamontowanie turbo cieniutkiego papirusu wokół białego sera z zewnątrz przypominającego papirus per se? Przypomnę, że byliśmy podpici no i było ciemno.
Najledliśmy się mandarynek i przyszła pora na fikołki. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła sobie krzywdy. Przecież nie umiem robić ani gwiazdy ani pajacyków, więc po co się biorę za takie rzeczy? Zapytajcie tych, którzy po butelce wina zachowują zdrowy rozsądek. Witek też nie lepszy, bo zalał sobie buty ześlizgując się z kamienia do wody.
Jakby tego było mało, było też serowe radio:
Jednego wieczora biegałam w piżamie i z ręcznikiem na głowie po ulicy przed hotelem. Dotykałam także kapustę ozdobną w parku pełnym palmowych drzew.
Nie obyło się bez babek z piasku, tańców, śpiewów i głaskania piesków.
A to były tylko 3 dni!
















