sobota, 3 lutego 2018

#3 Skyr, Soplica i koniki


Jak juz tak sobie ustaliliśmy z Witkiem na tym balkonie szczegóły wyjazdu na Islandię, przyszła pora na realizację planu. Miał to być mój pierwszy niezorganizowany (jak my notabene) wyjazd ze znajomymi. Ekipa przedstawiała się następująco: Witold, fotograf jako prowodyr całego zamieszania, na Islandii po raz drugi. Do tego jego brat - Michał, kierowca numer dwa, Patryk - fotograf, kierowca numer trzy i ja do kompletu, chyba jedynie na ozdobę, lub jako dodatkowa osoba, by zmieścić się w limicie z bagażami. :D
Pasował mi taki układ, mimo że nigdy nie podejrzewałam żebym miała lecieć na Islandię. Każdy kto mnie zna wie, że jestem zdecydowanie ciepłolubna, a 20 stopni to nie jest jeszcze wystarczająca temperatura dla mnie, bym odsłoniła nogi. To nie tak że z założenia staram się tego unikać, chociaż... może?
Tak czy inaczej Islandia wówczas kojarzyła mi się z arktyczną wyprawą, niczym na Grenlandię (co w sumie też nie takie chore, skoro Witold teraz planuje taki wyjazd dla siebie, hehe) na pewno było to coś, czego sama bym sobie nie wymyśliła. Podczas lotu tamże przeżyłam najgorsze jak dotąd turbulencje, których raczej nigdy już nie zapomnę. No chyba że przytrafią mi się jeszcze gorsze, które to przyćmią HEH. Pamiętam, jak trzymałam Wicia za rękę pocąc się i godząc ze śmiercią. No ciekawe przeżycie.
Miałam już za sobą kilkanaście, może nawet wiecej lotów, zwykle samotnie (serio) do Włoch, gdzie mierzyłam się ze swoją lotniczą fobią. Ktoś mi kiedyś powiedzial, że to kwestia przyzwyczajenia, ze mi przejdzie.
Nope, na dzień dzisiejszy mam za sobą 40+ lotów i może kilka mi się podobało, ale to chyba tylko dlatego, że hydroxyzyna lub xanax dobrze wjechały.
Z lataniem chyba nigdy się nie polubię, po prostu trzeba to zrobić, jeśli nie chce się dymać kilku/nastu tysięcy kilometrów na butach, czy samochodem... przez ocean.

Islandia okazała się chyba naszym amorkiem, bo to tam poczułam, że Witold jest zbyt fajnym facetem na przyjaciela. Przecież można sie przyjaźnić i kochać równocześnie, prawda? Otóż można i jesteśmy chyba tego najlepszym przykładem. Znamy się ponad 9 lat, a w tym miesiącu świętowaliśmy swoją pierwszą, słodką rocznicę.





Po raz kolejny zakochałam się, tym razem w tej szalonej, zimowej wysepce. Poraziła mnie ilość niewyobrażalnego piękna jak na tak mały metraż. Pogoda zmieniała się dosłownie albo co 200 metrów, albo co 10 minut. Przeżyliśmy wszystkie pory roku i zobaczyliśmy chyba każdy możliwy krajobraz. Od oceanu całującego góry, przez zielone pustkowia usłane konikami, po pola pełne głazów z wodospadami za rogiem. O ile tylko głazy mogą mieć rogi.
Pamiętam, jak pierwszego dnia chłopcy udali się zwiedzać lodowe jaskinie. Ja zostałam, bo przeraziła mnie perspektywa wydania 1000+ pln, by zobaczyć coś, czego nawet nie uda mi się fajnie sfotografować. Panowie wyposażeni byli w kilogramy sprzętu i chęci do dreptania, ja postawiłam jednak na chillout w kawiarni u podnóża lodowca Vatnajökull, jednego z największych w Europie, a z pewnością największego na Islandii.

Spędziłam 7 godzin robiąc zdjęcia moim iPhone 5s, pijąc herbatę z prądem, dolewki kawy, wcinając ciastka i patrząc jak ocean rozbija się o brzeg. Cudowne było to uczucie, gdy wybrałam się z moim czerwonym kubeczkiem na brzeg. Chciałam odpalić sobie muzykę i zrobić kilka zdjęć. Telefon postanowił się jednak rozładować, zostawiając mnie samą z ciszą i wodą. To było miłe, nawet się nie zdenerwowałam jakoś specjalnie.