wtorek, 20 marca 2018

#4 jedno oko na Maroko


Jedna z moich ulubionych wycieczek so far. Jest w tym kraju coś magicznego.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że był pierwszym arabskim krajem który odwiedziłam, czy faktycznie ma w sobie coś takiego... coś, co nie daje o sobie zapomnieć.

W tę podróż wyruszyliśmy także w czwórkę, Ja, Wicio, brat Wicia - Michał i wiciowy kolega - Paweł. Po raz kolejny fotograficzna zgraja, 3 dżentelmenów i JA.
Na przywitanie na lotnisku dostałam w twarz stosunkowo ciepłym powiewem wiatru o zapachu mułu i ryb. Nie żebym miała cokolwiek przeciwko temu, bo uwielbiam ten zapach (równie mocno jak jajkowy zapach siarki).
Wyjazd był na tyle intensywny i ciekawy jak na te 12 dni, że nie bardzo pamiętam gdzie byliśmy po kolei, więc będe udawała że szyk opowieści jest zachowany, Was tam nie było, więc pozostaje Wam uwierzyć mi na słowo. :-)
Każdy dobry wyjazd musi się zacząć od małej tragedii na starcie, to taka tradycja, poważnie.
Był nim problem z samochodem. A uściślając - brak samochodu. Długo musieliśmy się naczekać, aż ktoś się zjawił. Finalnie spędziliśmy na lotnisku niecałe 3 godziny, czekając. Witek popełnił jakiś błąd przy wpisywaniu danych drugiego kierowcy, czy też nie zrobił tego w ogóle. To może i dałoby się skorygować, gdyby nie fakt, że pracownika w biurze nie było, a jak już się pojawił, powiadomił nas że w systemie nie ma żadnej rezerwacji do zmodyfikowania, na wiciowe nazwisko. Nie pomogły telefony do wypożyczalni i powoływanie się na rezerwację złożoną w trakcie kupowania biletów (wciskają to chamy jak wlezie, a potem jest problem). Musieliśmy kupić/wypożyczyć kolejne auto = kolejne koszta, niestety na koncie Witka, bo na taką przyjemność można sobie pozwolić tylko posiadając kartę kredytową. 



 Był Marrakesh i jego zgiełk. Chaos i hałas. HAŁOS. Szybko zorganizowaliśmy spotkanie z kolegą poleconym przez znajomego z Poronina, spotkanie miało na celu zaopatrzyć nas w jedną używke, której nie mogliśmy sobie odmówić będąc w kraju, który z tego słynie. Ja jestem raczej nie-używkowa, ale co mi tam. Pierwszy nocleg mieliśmy w cudownym, mega klimatycznym riadzie. Hostem był przemiły, megagościnny Pan, który długo później utrzymywał kontakt (z chłopakami he he).



Na pewno to, co zapadło mi mocno w pamięć, to drugi nocleg (tu musicie mi uwierzyć, bo nie pamiętam, czy był on drugi z kolei, ufam zdjęciom w albumie na telefonie). Pamiętam jednak, że podjechaliśmy pod hostel późnym wieczorem, może nocą?
Hostel zaryglowany na cztery spusty. Pukamy. Nikt nie otwiera. Pukamy mocniej. Nie dzieje się nic.
No dobra, może trzeba zaczać walić w drzwi pięściami i kopać je. Być może ktoś próbował się tam dodzwonić, być może udało nam się wreszcie tam dobić, bo po jakimś (dluższym) czasie wrota otworzył nam na oko 65-letni Pan. Pan raczej nieszczególnie opanował język angielski, ale twardo prowadził wielki, 4-piętrowy hostel. Wersja Pana była taka, że żadnej rezerwacji nie ma i że możemy sobie zrobić nową, płacąc ponownie (bodajże więcej).
Maroko jest stosunkowo tanie, więc nie był to jakiś majątek, ale jak na początek podróży kolejny taki fakap nie przypadł nam specjalnie do gustu. Chcieliśmy się tylko wyspać, może umyć. Było dość chłodno, w hotelu również.
Pan pokazał nam pokoje, średnio przyjemne, ale nie jesteśmy francuskimi pieskami zdecydowanie, więc ok.
Sytuacja wyglądała jakoś dziwnie, nie pamiętam już dokładnie skąd się wzięła cała afera, ale Pan ewidentnie chciał nas wydymać na hajs. Jego pokrętne tłumaczenia i podejrzane zachowanie tylko mnie zdenerwowały, więc nabiłam sobie siniaka na nadgarstku waląc pięścią w szklany stół. Gościu wyszedł w pewnym momencie na chwilę oddalając się od komputera, gdzie otwartą miał zakładkę Gmaila. Witkowi zajęło to może 15 sekund, jak znalazł na ekranie naszą rezerwację. Nasza złość i tłumaczenia, ze nie damy się wrobić niewiele dały. Pan chciał, byśmy anulowali rezerwację (co równoznaczne jest z opłatą karną na rzecz Bookingu).
Po jakichś 15 minutach walki i nerwów olaliśmy sprawę. Chłopcy w ramach wendetty oddali mocz nieopodal, a my udaliśmy się w poszukiwaniu innego noclegu.
Nie mamy absolutnie nic przeciwko spaniu w aucie, ale 4 osoby w niewielkim samochodzie = średnie spanie, zwłaszcza po podróży, ja ponadto byłam niedysponowana.
Wynegocjowaliśmy nocleg w hostelu obok. Udało się umyć, wyspać, coś zjeść i nieco zmarznąć.




Wartym wspomnienia jest, że Witold jest ciasteczkowym potworem, na każdym wyjeździe towarzyszy nam
horrendalna ilość ciastek, te ponoć zasługiwały na uwagę:

Następnego dnia, wychodząc z hostelu zauważyliśmy że przez noc chyba wyrosła nam tam spora góra. Autentycznie wyrastała prawie że spod drzwi hotelu.
+1 punkt dla Maroka, robisz wrażenie.