Dziwna sprawa z tym Wielkim Kanionem. Tak sobie na niego patrzysz i ktoś Ci nagle mówi, że ten tamten oto głaz gdzieś przed Tobą jest oddalony od Ciebie o 70 km.
"Hmmm..." - myślisz sobie i nie ma opcji, by jakkolwiek to do Ciebie dotarło.
Może dlatego nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak powinien. Chyba mam upośledzoną wyobraźnię, lub osłabioną tolerancję na takie abstrakcje.
"A tam, gdzie jest to załamanie, to jest 100 km stąd".
To było dla mnie tak niedorzeczne, że aż mało wiarygodne. Mało wiarygodne -> niemożliwe -> nie robi wrażenia. :D
Jak już wcześniej wspominałam, na początku 2018 roku rozmawialiśmy sobie z Witkiem na balkonie, jak to fajnie by było wyskoczyć sobie do stanów. Nie planowałam tego nigdy, nawet o tym nie myślałam raczej. Zawsze w tej głowie siedziała ta Australia i nic dalszego.
Ale od słowa do słowa zaproponowano mi udział w takiej ekspedycji. Nie wiadomo było jeszcze kto poleci, na ile i tak dalej. Witold miał już lekko zarysowany plan zwiedzania i kombinował jak to zrobić, by w krótkim okresie czasu zobaczyć jak najwięcej.
Plan był jeden: na zachód.
Z biegiem czasu plan się wyklarował. Wiedzieliśmy już, że lecimy na 3 tygodnie, z Patrykiem Morzonkiem, z którym wcześniej byliśmy na Islandii. Lądowanie w Los Angeles, z przesiadką gdzieś na północy Europy , okazało się że w Kopenhadze.
Nie pamiętam ile dokładnie trwały loty, ale fajnie że udało się wylecieć z Krakowa. Przy takich długich wycieczkach z przesiadkami miło móc wylądować w swoim mieście, bez konieczności transportowania się kij wie ile kilometrów.
Pierwszy raz leciałam takim dużym samolotem. Miałam wrażenie, że ktoś wsadził nas do sali kinowej i powiedział "Leć!". Faktycznie, bardziej to wygodne od tych małych pimpków latających po Europie. Pól lotu spędziłam na zabawie interaktywnym ekranie w zagłówku fotelu naprzeciwko. Wypiłam kilka kieliszków wina, do tego chyba dwa piwa. Trunki połączywszy się z wcześniej zażytymi lekami wprawiły mnie w błogi stan "wszystkomijedno". Obejrzałam ze dwa filmy + odcinek Przyjaciół, zdążyłam się nawet trochę przespać. Mieliśmy okazję zobaczyć Grenlandię i Grand Canyon z góry. Co ciekawe, GC z góry wygląda wg mnie nieco ciekawiej, niż z poziomu ziemi.
Standardowy fakap na początku wyjazdu. Dymaliśmy z lotniska kilka kilometrów do wypożyczalni samochodów. Z kilkoma bagażami, w tym z 20-kilowym rejestrowanym. Głównie dźwigali chłopcy, ja jedynie przez jakiś fragment, a i tak naciągnęłam sobie bark. Nie mogłam zasnąć, łzy cisnęły mi się do oczu z bólu, nie pomógł nawet Ketonal. Na ostatnim odcinku podwiózł nas Azjata, który wiedział gdzie ta magicznie schowana wypożyczalnia się znajduje. Fakap drugi: okazało się, ze w cenie wypożyczenia nie ma ubezpieczenia. Joł. Dopłacaliśmy jakiś chyba tysiąc za sam ten fakt. Miły początek 3-tygodniowego pobytu w Stanach, który raczej nie zapowiadał się tanio.
Pierwszym posiłkiem był Burger i pankejki z syropem klonowym
oczywiście. Pankejki pycha, ale 3 dychy za śniadanie? Od razu
zdecydowaliśmy, ze musimy odpuścić jadanie w przydrożnych knajpach.
Gdzieś tam po drodze przytrafiło nam się Las Vegas. Chciałam je zobaczyć, choć nie miałam specjalnego parcia. Ambiwalentne podejście spotęgował z pewnością fakt, że trzy dni wcześniej na jednej z głównych ulic zastrzelono bez konkretnego powodu trzech zagranicznych turystów. No bo czemu nie. Sami byliśmy świadkiem ciekawych rzeczy. Sporej wygranej w jednej z kasyn, gdzie wpadliśmy na piwko i partyjkę w jednorękiego bandytę. Półnagich hostess w strojach z Rio, Panie zapraszały do udziału w striptizowych uciechach. Finalnie jedząc tanie kanapki w McDonaldzie na kolację byliśmy świadkami, jak jeden chłopak został skopany po twarzy przez 5-6 innych, ku kompletnemu braku zainteresowania ze strony przechodniów i stróżów prawa.
Mieliśmy jakieś tam wyobrażenia na temat Stanów, w większości wykształcone przez oglądnięte filmy czy seriale. Nie pomyliliśmy się za bardzo. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że Stany faktycznie są jak film.
Wizerunki przechadzających się ulicami osób, ich usposobienie, podejście do życia i ogólny wygląd otaczającego nas tam świata faktycznie dawał poczucie, że jesteśmy na planie filmowym. Kilku, wielu filmów.
Jednym z nich z pewnością mógł być Zwierzęta Nocy, jak to słusznie Patryk zauważył, gdy jechaliśmy późnym wieczorem po dróżkach Nowego Meksyku. Na tamtą chwilę nie wiedziałam jeszcze co to jest za film, gdybym wiedziała, bałabym się wówczas bardziej niż bałam się siedząc wówczas w tym aucie. :D
Nowy Meksyk raczej nas do siebie zraził. Nawet w McDonaldzie nie czuliśmy się miło widziani.
Ludzie mimo wszystko byli bardzo mili. Zwykła wycieczka do sklepu kończyła się serią opowiastek od miejscowych i sprzedawców. Small talki, które tak bardzo lubią także przypadły mi do gustu. Miłe to.
Cenowo nie zawiodłam się jakoś bardzo. Nie jest to tani kraj, bo nie było nas stać na jadanie w knajpach, ale tanie paliwo rekompensowało nam to. "Tanie" rozmywało się nieco przy tysiącach kilometrów, które przejechaliśmy, ale nic to.
Co udało nam się zobaczyć? Znowu nie będę umiała chyba po kolei, zwłaszcza że zdarzało nam się robić mniejsze czy większe pętelki. Wyjazd miał miejsce na przełomie października i listopada zeszłego roku, więc proszę mi wybaczyć dziury w pamięci.
Najciekawszym, albo przynajmniej jednym z najciekawszych miejsc jakie udało nam się zobaczyć jest wg mnie dolina śmierci (Death Valley). Powyżej na zdjęciu Zabriskie Point.
Na Zabriskie udało nam się złapać całkiem przyjemne światło, co
owocowało przyjemnymi pstrykami robionymi przez Witka i Patryka.
W Death Valley załapaliśmy się na spacerek po solnych płaszczyznach. Temperatura ku naszemu zdziwieniu sięgnęła 38+ stopni w cieniu, co dało nam się mocno we znaki, bo zapomnieliśmy wziąc butelki wody z auta. Albo może zignorowaliśmy to? Przecież jesień, wcale nie jest aż tak ciepło. Początkowo pozornie 5-minutowy spacerek okazał się półgodzinną wyprawą w upale. Ja się przeziębiłam, więc towarzyszył temu katar i pieczenie nosa.
Zajaraliśmy sobie pysie i odwodnieni i zlani potem wróciliśmy do naszego vano-domu.
Udało nam się załapać na kilka pełnoprawnych, ciepłych posiłków. Za Patrykiem znajdowała się maszyna, w której można było wygrać misia. Cała knajpka pełna była lokalsów. Nic dziwnego, oprócz niej jedyną konkurencją była meksykańska restauracja. Odwiedziliśmy ją oczywiście, ale zobaczywszy ceny w karcie zdecydowaliśmy się jedynie na tostadę, którą o dziwo nawet sobie pojadliśmy. Mi oczywiście musiała zaszkodzić, więc starałam się unikać meksykańskiego papu. Nieudolnie jednak, bo gdy zorientowaliśmy się, że trzeba zacisnąć pasa, coraz częściej natrafialiśmy na Taco Bell, które okazało się jedynym miejscem gdzie można coś wsunąć za dolara.
Poniższy posiłek w miejscowości Beatty gdzie spędziliśmy noc w przemiłym hostelu. Hostel niestety pochłonął karte SD gdzie wicio przed poprzednich kilka dni gromadził swoje pstryki z drona. Nie pomogło przeszukiwanie pokoju, ani grzebanie w worku od odkurzacza razem z resztą meksykańskiej obsługi.
Żywiliśmy się głównie fasolą i chlebem tostowym. Na jakiekolwiek danie typu naleśniki z rzeczami, burgery z frytkami i tak dalej trzeba było dać średnio 25-50 zł, co przy 3 tygodniach pobytu tam wpędziłoby nas w długi i wyrzuty sumienia.
Czy jadają niezdrowo?
Jadają niezdrowo i tłusto.
Ja jestem przyzwyczajona do śniadania w postaci płatków na mleku, albo kanapki popijanej herbatką.
W większości menu restauracyjnych, w tym menu dla dzieci śniadanie składało się z jajek (forma do wyboru) na bekonie albo ze stekiem, z frytkami lub naleśnikami. Ciężko było dorwać cokolwiek względnie zdrowego, co nie obciążyłoby wątroby i nie utuczyło moich dwóch uroczych towarzyszy.
I tak jeździliśmy sobie tymi amerykańskimi drogami, mijając klasyczne przydrożne knajpy i śpiąc czasem w "tych" hostelach. Tych z neonami, klatkami schodowymi i plamami krwi na ścianach. Autentyk. Hostele były mimo wszystko dobrze wyposażone. Wygodne łóżka, czysta pościel, ciepła woda w wannie tudzież pod prysznicem, czasem nawet lodówka i suszarka, a już obowiązkowo TV.
Udało mi się raz nawet odpalić Przyjaciół.
Kolejnym bardzo fajnym punktem na mapie (może nawet moim ulubionym jednak?) była Valley of Fire. Na zdjęciu może nie widać tego jakoś specjalnie, ale wszystkie skały w tym magicznym parku były koralowo-czerwone. Kontrastując z burzowym, granatowym niebem robiło nam to bardzo fajny obrazek.
Światło nie było wymarzonym do zdjęć, ale ja nie żałuję. Można tam oczywiście wrócić.
Nocując na parkingu Wallmarta udało nam się zamontować zasłonę na okno wykonaną z dwóch par spodni męskich camo w rozmiarze 54. Para kosztowała dolara. Trzeba było brać!
Udało nam się odwiedzić stację benzynową/sklep tematyczny o obcych, przy wjeździe do Area 51. Za sklepem znajdowała się klimatyczna, retro restauracja z lokalsami, gdzie kupiliśmy chyba 2 kg frytek. Moja porcja jeździła z nami w aucie jeszcze przez jakieś 2-3 dni, bo głupio było mi wyrzucać jedzenie.





















