niedziela, 24 lutego 2019

#1 jak to się stało, ja nie wiem...


W tym roku stuknie mi 26 lat, a ja się wzięłam za pisanie bloga. Jakiś kryzys? Odbiło mi?
Chodziło mi to po głowie od pierwszych wyjazdów, ale jakoś nie potrafiłam nigdy pozbierać myśli na bieżąco, w trakcie. Mam bałagan w pokoju, w głowie i w plikach, więc kompletując zdjęcia do postów będę musiała się nieźle naszukać, przetrzepać stare foldery, telefon chłopaka i głowę - w poszukiwaniu wspomnień. Okazuje się jednak, że pamięć mam chyba całkiem dobrą, bo zaczełam sięgać do wspomnień sprzed niespełna 3 lat i coś tam jeszcze zostało. Zdjęcia pomagają :)
Tak więc postaram się tu przypomnieć jak to się stało, że zaczęłam sobie jeździć, co na to wpłynęło i jak to się toczyło. Post jest dośc długi, więc jeśli Cię to nie interesuje, możesz odpuścić. 


Od małego brzdyla po głowie chodziła mi Australia. Zainspirowana "ciocią" - przyjaciółką mamy, która nie znając słowa po angielsku zwiała z Polski do krainy kangurów, uznałam że ja też tak chcę i mogę, no bo czemu nie? Przez lata marzyłam o jakimkolwiek zagranicznym wyjeździe, zieleniejąc z zazdrości na widok zdjęć z wakacji, wrzucanych przez moich znajomych na facebookową tablicę.
Gdy rutyna uderzyła mnie tak mocno, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zaproponowano mi wyjazd na projekt Erasmus + do Varazdin w Chorwacji. Na decyzję miałam kilkanaście minut, na spakowanie się chyba dzień. Tyle samo czasu mialam na to, by dotarło do mnie, że być może właśnie spełni się moje małe-wielkie marzenie o jakimkolwiek zagranicznym wyjeździe.
Takim oto sposobem, latem 2016 roku pojechałam na pierwszy w swoim życiu projekt i co za tym idzie - pierwszy raz postawiłam stopę za granicami tego kraju. :D



W drodze do hotelu zahaczyliśmy nawet o Balaton. Pamiętałam go z opowieści mamy i babci, bo całą rodzinką lubi sobie pojechać tu i ówdzie. Standardowo była to kolejna miejscówka znana jedynie z opowieści, książek czy internetu. Balaton mnie rozczarował, ale co odhaczone, to odhaczone, nie? Po bodajże 10 godzinach jazdy samochodem i ze łzami w oczach ( z bólu, tak strasznie bolała mnie dupa od siedzenia w aucie) dojechaliśmy do hotelu. Projekt trwał 10 dni, jeśli dobrze pamiętam. Poznałam tam masę ciekawych, barwnych ludzi, w tym Anitkę z Warszawy, która gorąco całuję i za którą tęsknię, mimo że nie mamy teraz raczej kontaktu.


Dni jednak szybko upływały przy dobrej zabawie i przyszła pora na powrót.
Nie zdążyłam się naopowiadać, jak to fajnie mi tam było, jak pojawiła się perspektywa kolejnego wyjazdu, tym razem nieco bliżej, bo do podhalańskiej wioski - Poronina! Udałam się tam z przyjaciółką - Igą, co znacznie podniosło jakość całego pobytu. Kto gdziekolwiek jeździł z przyjaciółmi wie o czym mówię :D Dla mnie był to pierwszy taki wyjazd, więc frajdy razy dwa. Dodatkowo udało nam się uniknąć rozgardiaszu związanego ze światowymi dniami młodzieży, którego za wszelką cenę chciałam uniknąć. Udało mi się.
Projekt ten niespodziewanie odwrócił moje życie do góry nogami, bardziej niż mogłabym się tego spodziewać. Bariera językowa wciąż dawała się we znaki, nie zabrakło zadyszek, braku tchu, nudności i problemów żołądkowych. Do dziś nie wiem, czy bardziej spowodowanych strachem, czy kacem na którym byłam codziennie. :D Ponadto poznałam tam Włocha, z którym spędziłam kolejne, wyboiste 1,5 roku życia. Jeździłam do Włoch kilkanaście razy, zakochując się w tym kraju i w podróżowaniu coraz bardziej.
Kolejnym wyjazdem była Malta. To z kolei mój pierwszy wycieczek samolotowy. 


No i tu pojawiły się schody. Na tapetę po raz kolejny wjechał mój strach przed nowościami i wychodzeniem poza swoją strefę komfortu.
LOT. Te trzy litery przerażały mnie chyba bardziej, niż wizyta u dentysty podczas tornada. Decyzję o udziale w projekcie trzeba było podjąć dość szybko, bo bilety same się nie kupią. Decyzję podjęłam bardzo szybko, w podekscytowaniu i głodzie podróży. Chwilę później przypomniałam sobie jednak, jak obiecałam sobie, że pierwszy i jedyny raz gdy gdziekolwiek polecę, będzie do Australii, w jedną stronę i bez powrotu.
Gotowa byłam odwołać całe zamieszanie i nie lecieć. Po raz kolejny ze stresu. Przełamałam się jednak i nie żałowałam. Pierwszy lot na prochach (w sumie dalej to stosuję) i widok obłoczków pod nogami wywołał u mnie rzewny płacz, z radości. Nie pamiętam, bym kiedyś czuła się tak wolna i szczęśliwa jak poczułam się wtedy. Uspokoiłam jedynie pasażerów obok, mówiąc że to mój pierwszy raz a ja ryczę bom wrażliwa.




W Malcie zakochałam się bez pamięci. Projekt był średnio udany, niezbyt zorganizowany. Pozwoliło to jednak na 12 dni korzystania z uroków tej słonecznej wysepki. Nawiązałam kilka fajnych znajomości i znów poczułam, ze nie chcę do Polski. Na Malcie miałam wszystko. Byłam w udanym związku, prażyłam się w słońcu, wreszcie komunikowałam się po angielsku już bez stresu, to chyba tam pękła ta granica.
Musiałam jednak zmierzyć się z powrotem, skupić na studiach, walce o stypendium i samorozwoju.
Latałam do tych Włoch, zjadałam niezliczone ilości pizzy i wypijałam niezliczone ilości wina.
Wyżej wymieniony związek po jakimś czasie okazał się być bardziej niż nieudany, więc po przecierpieniu dłużej niż się powinno związek zakończyłam i dreptałam przez życie dalej. Na studiach szło mi bardzo przyzwoicie, zdobywałam stypendia i starałam się cieszyć życiem. Plan był taki - jeździć dalej na projekty, ale zakotwiczyć się w jakiejś agencji na etacie. Mimo że zawsze wolałam tego uniknąć, chciałam jednak zająć czymś głowę i skupić się na sobie.
Jak to w życiu bywa, plany z reguły zostają planami, a to co przychodzi samo potrafi zaskoczyć, same plany bywają zaskoczone przebiegiem zdarzeń. Zacieśniły się więzi między mną a moim ówczesnym przyjacielem - Witoldem. Codziennie oglądaliśmy filmy, lataliśmy to do kina to coś zjeść. Tu jakieś fotki, tu jakieś zakupki, czy piwka ze znajomymi. Nie jestem już duszą towarzystwa, jaką byłam za czasów liceum. Niechętnie wychodzę z domu, niechętnie widuje się z ludźmi. Witold był chyba jedyną osobą, przy której czułam się bardziej sobą, niż czuję się przebywając w swoim własnym towarzystwie. Pamiętam, jak na balkonie przy ustalaniu szczegółów wyjazdu na Islandię zaproponował mi "wyskok" do Stanów. To chyba jedyna osoba, z którą poruszane tematy nie pozostają w sferze "może kiedyś", w stylu spotkania znajomego na ulicy i rzucenia mimochodem "zdzwonimy się". To, co planujemy, o czym rozmawiamy - wcielamy teraz w życie. Z reguły dzieje się to dość spontanicznie i raczej szybko. Przy tym człowieku chce mi się żyć i robić rzeczy, chce mi się wreszcie wstawać rano z łóżka. Ale o tym potem, po kolei...


piątek, 19 października 2018

#5 Kilka stanów skupienia

Dziwna sprawa z tym Wielkim Kanionem. Tak sobie na niego patrzysz i ktoś Ci nagle mówi, że ten tamten oto głaz gdzieś przed Tobą jest oddalony od Ciebie o 70 km.
"Hmmm..." - myślisz sobie i nie ma opcji, by jakkolwiek to do Ciebie dotarło.
Może dlatego nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak powinien. Chyba mam upośledzoną wyobraźnię, lub osłabioną tolerancję na takie abstrakcje.
"A tam, gdzie jest to załamanie, to jest 100 km stąd".
To było dla mnie tak niedorzeczne, że aż mało wiarygodne. Mało wiarygodne -> niemożliwe -> nie robi wrażenia. :D


Jak już wcześniej wspominałam, na początku 2018 roku rozmawialiśmy sobie z Witkiem na balkonie, jak to fajnie by było wyskoczyć sobie do stanów. Nie planowałam tego nigdy, nawet o tym nie myślałam raczej. Zawsze w tej głowie siedziała ta Australia i nic dalszego.
Ale od słowa do słowa zaproponowano mi udział w takiej ekspedycji. Nie wiadomo było jeszcze kto poleci, na ile i tak dalej. Witold miał już lekko zarysowany plan zwiedzania i kombinował jak to zrobić, by w krótkim okresie czasu zobaczyć jak najwięcej.
Plan był jeden: na zachód.
Z biegiem czasu plan się wyklarował. Wiedzieliśmy już, że lecimy na 3 tygodnie, z Patrykiem Morzonkiem, z którym wcześniej byliśmy na Islandii. Lądowanie w Los Angeles, z przesiadką gdzieś na północy Europy , okazało się że w Kopenhadze.
Nie pamiętam ile dokładnie trwały loty, ale fajnie że udało się wylecieć z Krakowa. Przy takich długich wycieczkach z przesiadkami miło móc wylądować w swoim mieście, bez konieczności transportowania się kij wie ile kilometrów. 


Pierwszy raz leciałam takim dużym samolotem. Miałam wrażenie, że ktoś wsadził nas do sali kinowej i powiedział "Leć!". Faktycznie, bardziej to wygodne od tych małych pimpków latających po Europie. Pól lotu spędziłam na zabawie interaktywnym ekranie w zagłówku fotelu naprzeciwko. Wypiłam kilka kieliszków wina, do tego chyba dwa piwa. Trunki połączywszy się z wcześniej zażytymi lekami wprawiły mnie w błogi stan "wszystkomijedno". Obejrzałam ze dwa filmy + odcinek Przyjaciół, zdążyłam się nawet trochę przespać. Mieliśmy okazję zobaczyć Grenlandię i Grand Canyon z góry. Co ciekawe, GC z góry wygląda wg mnie nieco ciekawiej, niż z poziomu ziemi.


Standardowy fakap na początku wyjazdu. Dymaliśmy z lotniska kilka kilometrów do wypożyczalni samochodów. Z kilkoma bagażami, w tym z 20-kilowym rejestrowanym. Głównie dźwigali chłopcy, ja jedynie przez jakiś fragment, a i tak naciągnęłam sobie bark. Nie mogłam zasnąć, łzy cisnęły mi się do oczu z bólu, nie pomógł nawet Ketonal. Na ostatnim odcinku podwiózł nas Azjata, który wiedział gdzie ta magicznie schowana wypożyczalnia się znajduje. Fakap drugi: okazało się, ze w cenie wypożyczenia nie ma ubezpieczenia. Joł. Dopłacaliśmy jakiś chyba tysiąc za sam ten fakt. Miły początek 3-tygodniowego pobytu w Stanach, który raczej nie zapowiadał się tanio. 








Pierwszym posiłkiem był Burger i pankejki z syropem klonowym oczywiście. Pankejki pycha, ale 3 dychy za śniadanie? Od razu zdecydowaliśmy, ze musimy odpuścić jadanie w przydrożnych knajpach. 













Gdzieś tam po drodze przytrafiło nam się Las Vegas. Chciałam je zobaczyć, choć nie miałam specjalnego parcia. Ambiwalentne podejście spotęgował z pewnością fakt, że trzy dni wcześniej na jednej z głównych ulic zastrzelono bez konkretnego powodu trzech zagranicznych turystów. No bo czemu nie. Sami byliśmy świadkiem ciekawych rzeczy. Sporej wygranej w jednej z kasyn, gdzie wpadliśmy na piwko i partyjkę w jednorękiego bandytę. Półnagich hostess w strojach z Rio, Panie zapraszały do udziału w striptizowych uciechach. Finalnie jedząc tanie kanapki w McDonaldzie na kolację byliśmy świadkami, jak jeden chłopak został skopany po twarzy przez 5-6 innych, ku kompletnemu braku zainteresowania ze strony przechodniów i stróżów prawa. 



Mieliśmy jakieś tam wyobrażenia na temat Stanów, w większości wykształcone przez oglądnięte filmy czy seriale. Nie pomyliliśmy się za bardzo. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że Stany faktycznie są jak film.
Wizerunki przechadzających się ulicami osób, ich usposobienie, podejście do życia i ogólny wygląd otaczającego nas tam świata faktycznie dawał poczucie, że jesteśmy na planie filmowym. Kilku, wielu filmów.
Jednym z nich z pewnością mógł być Zwierzęta Nocy, jak to słusznie Patryk zauważył, gdy jechaliśmy późnym wieczorem po dróżkach Nowego Meksyku. Na tamtą chwilę nie wiedziałam jeszcze co to jest za film, gdybym wiedziała, bałabym się wówczas bardziej niż bałam się siedząc wówczas w tym aucie. :D
Nowy Meksyk raczej nas do siebie zraził. Nawet w McDonaldzie nie czuliśmy się miło widziani.


Ludzie mimo wszystko byli bardzo mili. Zwykła wycieczka do sklepu kończyła się serią opowiastek od miejscowych i sprzedawców. Small talki, które tak bardzo lubią także przypadły mi do gustu. Miłe to.
Cenowo nie zawiodłam się jakoś bardzo. Nie jest to tani kraj, bo nie było nas stać na jadanie w knajpach, ale tanie paliwo rekompensowało nam to. "Tanie" rozmywało się nieco przy tysiącach kilometrów, które przejechaliśmy, ale nic to.
Co udało nam się zobaczyć? Znowu nie będę umiała chyba po kolei, zwłaszcza że zdarzało nam się robić mniejsze czy większe pętelki. Wyjazd miał miejsce na przełomie października i listopada zeszłego roku, więc proszę mi wybaczyć dziury w pamięci.


Najciekawszym, albo przynajmniej jednym z najciekawszych miejsc jakie udało nam się zobaczyć jest wg mnie dolina śmierci (Death Valley). Powyżej na zdjęciu Zabriskie Point.


Na Zabriskie udało nam się złapać całkiem przyjemne światło, co owocowało przyjemnymi pstrykami robionymi przez Witka i Patryka.  



W Death Valley załapaliśmy się na spacerek po solnych płaszczyznach. Temperatura ku naszemu zdziwieniu sięgnęła 38+ stopni w cieniu, co dało nam się mocno we znaki, bo zapomnieliśmy wziąc butelki wody z auta. Albo może zignorowaliśmy to? Przecież jesień, wcale nie jest aż tak ciepło. Początkowo pozornie 5-minutowy spacerek okazał się półgodzinną wyprawą w upale. Ja się przeziębiłam, więc towarzyszył temu katar i pieczenie nosa.
Zajaraliśmy sobie pysie i odwodnieni i zlani potem wróciliśmy do naszego vano-domu.







Udało nam się załapać na kilka pełnoprawnych, ciepłych posiłków. Za Patrykiem znajdowała się maszyna, w której można było wygrać misia. Cała knajpka pełna była lokalsów. Nic dziwnego, oprócz niej jedyną konkurencją była meksykańska restauracja. Odwiedziliśmy ją oczywiście, ale zobaczywszy ceny w karcie zdecydowaliśmy się jedynie na tostadę, którą o dziwo nawet sobie pojadliśmy. Mi oczywiście musiała zaszkodzić, więc starałam się unikać meksykańskiego papu. Nieudolnie jednak, bo gdy zorientowaliśmy się, że trzeba zacisnąć pasa, coraz częściej natrafialiśmy na Taco Bell, które okazało się jedynym miejscem gdzie można coś wsunąć za dolara.

Poniższy posiłek w miejscowości Beatty gdzie spędziliśmy noc w przemiłym hostelu. Hostel niestety pochłonął karte SD gdzie wicio przed poprzednich kilka dni gromadził swoje pstryki z drona. Nie pomogło przeszukiwanie pokoju, ani grzebanie w worku od odkurzacza razem z resztą meksykańskiej obsługi. 


Żywiliśmy się głównie fasolą i chlebem tostowym. Na jakiekolwiek danie typu naleśniki z rzeczami, burgery z frytkami i tak dalej trzeba było dać średnio 25-50 zł, co przy 3 tygodniach pobytu tam wpędziłoby nas w długi i wyrzuty sumienia.
Czy jadają niezdrowo?
Jadają niezdrowo i tłusto.
Ja jestem przyzwyczajona do śniadania w postaci płatków na mleku, albo kanapki popijanej herbatką.
W większości menu restauracyjnych, w tym menu dla dzieci śniadanie składało się z jajek (forma do wyboru) na bekonie albo ze stekiem, z frytkami lub naleśnikami. Ciężko było dorwać cokolwiek względnie zdrowego, co nie obciążyłoby wątroby i nie utuczyło moich dwóch uroczych towarzyszy.




I tak jeździliśmy sobie tymi amerykańskimi drogami, mijając klasyczne przydrożne knajpy i śpiąc czasem w "tych" hostelach. Tych z neonami, klatkami schodowymi i plamami krwi na ścianach. Autentyk. Hostele były mimo wszystko dobrze wyposażone. Wygodne łóżka, czysta pościel, ciepła woda w wannie tudzież pod prysznicem, czasem nawet lodówka i suszarka, a już obowiązkowo TV.
Udało mi się raz nawet odpalić Przyjaciół




Kolejnym bardzo fajnym punktem na mapie (może nawet moim ulubionym jednak?) była Valley of Fire. Na zdjęciu może nie widać tego jakoś specjalnie, ale wszystkie skały w tym magicznym parku były koralowo-czerwone. Kontrastując z burzowym, granatowym niebem robiło nam to bardzo fajny obrazek.
Światło nie było wymarzonym do zdjęć, ale ja nie żałuję. Można tam oczywiście wrócić.


Nocując na parkingu Wallmarta udało nam się zamontować zasłonę na okno wykonaną z dwóch par spodni męskich camo w rozmiarze 54. Para kosztowała dolara. Trzeba było brać!


Udało nam się odwiedzić stację benzynową/sklep tematyczny o obcych, przy wjeździe do Area 51. Za sklepem znajdowała się klimatyczna, retro restauracja z lokalsami, gdzie kupiliśmy chyba 2 kg frytek. Moja porcja jeździła z nami w aucie jeszcze przez jakieś 2-3 dni, bo głupio było mi wyrzucać jedzenie.



Etykiety 

wtorek, 20 marca 2018

#4 jedno oko na Maroko


Jedna z moich ulubionych wycieczek so far. Jest w tym kraju coś magicznego.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że był pierwszym arabskim krajem który odwiedziłam, czy faktycznie ma w sobie coś takiego... coś, co nie daje o sobie zapomnieć.

W tę podróż wyruszyliśmy także w czwórkę, Ja, Wicio, brat Wicia - Michał i wiciowy kolega - Paweł. Po raz kolejny fotograficzna zgraja, 3 dżentelmenów i JA.
Na przywitanie na lotnisku dostałam w twarz stosunkowo ciepłym powiewem wiatru o zapachu mułu i ryb. Nie żebym miała cokolwiek przeciwko temu, bo uwielbiam ten zapach (równie mocno jak jajkowy zapach siarki).
Wyjazd był na tyle intensywny i ciekawy jak na te 12 dni, że nie bardzo pamiętam gdzie byliśmy po kolei, więc będe udawała że szyk opowieści jest zachowany, Was tam nie było, więc pozostaje Wam uwierzyć mi na słowo. :-)
Każdy dobry wyjazd musi się zacząć od małej tragedii na starcie, to taka tradycja, poważnie.
Był nim problem z samochodem. A uściślając - brak samochodu. Długo musieliśmy się naczekać, aż ktoś się zjawił. Finalnie spędziliśmy na lotnisku niecałe 3 godziny, czekając. Witek popełnił jakiś błąd przy wpisywaniu danych drugiego kierowcy, czy też nie zrobił tego w ogóle. To może i dałoby się skorygować, gdyby nie fakt, że pracownika w biurze nie było, a jak już się pojawił, powiadomił nas że w systemie nie ma żadnej rezerwacji do zmodyfikowania, na wiciowe nazwisko. Nie pomogły telefony do wypożyczalni i powoływanie się na rezerwację złożoną w trakcie kupowania biletów (wciskają to chamy jak wlezie, a potem jest problem). Musieliśmy kupić/wypożyczyć kolejne auto = kolejne koszta, niestety na koncie Witka, bo na taką przyjemność można sobie pozwolić tylko posiadając kartę kredytową. 



 Był Marrakesh i jego zgiełk. Chaos i hałas. HAŁOS. Szybko zorganizowaliśmy spotkanie z kolegą poleconym przez znajomego z Poronina, spotkanie miało na celu zaopatrzyć nas w jedną używke, której nie mogliśmy sobie odmówić będąc w kraju, który z tego słynie. Ja jestem raczej nie-używkowa, ale co mi tam. Pierwszy nocleg mieliśmy w cudownym, mega klimatycznym riadzie. Hostem był przemiły, megagościnny Pan, który długo później utrzymywał kontakt (z chłopakami he he).



Na pewno to, co zapadło mi mocno w pamięć, to drugi nocleg (tu musicie mi uwierzyć, bo nie pamiętam, czy był on drugi z kolei, ufam zdjęciom w albumie na telefonie). Pamiętam jednak, że podjechaliśmy pod hostel późnym wieczorem, może nocą?
Hostel zaryglowany na cztery spusty. Pukamy. Nikt nie otwiera. Pukamy mocniej. Nie dzieje się nic.
No dobra, może trzeba zaczać walić w drzwi pięściami i kopać je. Być może ktoś próbował się tam dodzwonić, być może udało nam się wreszcie tam dobić, bo po jakimś (dluższym) czasie wrota otworzył nam na oko 65-letni Pan. Pan raczej nieszczególnie opanował język angielski, ale twardo prowadził wielki, 4-piętrowy hostel. Wersja Pana była taka, że żadnej rezerwacji nie ma i że możemy sobie zrobić nową, płacąc ponownie (bodajże więcej).
Maroko jest stosunkowo tanie, więc nie był to jakiś majątek, ale jak na początek podróży kolejny taki fakap nie przypadł nam specjalnie do gustu. Chcieliśmy się tylko wyspać, może umyć. Było dość chłodno, w hotelu również.
Pan pokazał nam pokoje, średnio przyjemne, ale nie jesteśmy francuskimi pieskami zdecydowanie, więc ok.
Sytuacja wyglądała jakoś dziwnie, nie pamiętam już dokładnie skąd się wzięła cała afera, ale Pan ewidentnie chciał nas wydymać na hajs. Jego pokrętne tłumaczenia i podejrzane zachowanie tylko mnie zdenerwowały, więc nabiłam sobie siniaka na nadgarstku waląc pięścią w szklany stół. Gościu wyszedł w pewnym momencie na chwilę oddalając się od komputera, gdzie otwartą miał zakładkę Gmaila. Witkowi zajęło to może 15 sekund, jak znalazł na ekranie naszą rezerwację. Nasza złość i tłumaczenia, ze nie damy się wrobić niewiele dały. Pan chciał, byśmy anulowali rezerwację (co równoznaczne jest z opłatą karną na rzecz Bookingu).
Po jakichś 15 minutach walki i nerwów olaliśmy sprawę. Chłopcy w ramach wendetty oddali mocz nieopodal, a my udaliśmy się w poszukiwaniu innego noclegu.
Nie mamy absolutnie nic przeciwko spaniu w aucie, ale 4 osoby w niewielkim samochodzie = średnie spanie, zwłaszcza po podróży, ja ponadto byłam niedysponowana.
Wynegocjowaliśmy nocleg w hostelu obok. Udało się umyć, wyspać, coś zjeść i nieco zmarznąć.




Wartym wspomnienia jest, że Witold jest ciasteczkowym potworem, na każdym wyjeździe towarzyszy nam
horrendalna ilość ciastek, te ponoć zasługiwały na uwagę:

Następnego dnia, wychodząc z hostelu zauważyliśmy że przez noc chyba wyrosła nam tam spora góra. Autentycznie wyrastała prawie że spod drzwi hotelu.
+1 punkt dla Maroka, robisz wrażenie.


sobota, 3 lutego 2018

#3 Skyr, Soplica i koniki


Jak juz tak sobie ustaliliśmy z Witkiem na tym balkonie szczegóły wyjazdu na Islandię, przyszła pora na realizację planu. Miał to być mój pierwszy niezorganizowany (jak my notabene) wyjazd ze znajomymi. Ekipa przedstawiała się następująco: Witold, fotograf jako prowodyr całego zamieszania, na Islandii po raz drugi. Do tego jego brat - Michał, kierowca numer dwa, Patryk - fotograf, kierowca numer trzy i ja do kompletu, chyba jedynie na ozdobę, lub jako dodatkowa osoba, by zmieścić się w limicie z bagażami. :D
Pasował mi taki układ, mimo że nigdy nie podejrzewałam żebym miała lecieć na Islandię. Każdy kto mnie zna wie, że jestem zdecydowanie ciepłolubna, a 20 stopni to nie jest jeszcze wystarczająca temperatura dla mnie, bym odsłoniła nogi. To nie tak że z założenia staram się tego unikać, chociaż... może?
Tak czy inaczej Islandia wówczas kojarzyła mi się z arktyczną wyprawą, niczym na Grenlandię (co w sumie też nie takie chore, skoro Witold teraz planuje taki wyjazd dla siebie, hehe) na pewno było to coś, czego sama bym sobie nie wymyśliła. Podczas lotu tamże przeżyłam najgorsze jak dotąd turbulencje, których raczej nigdy już nie zapomnę. No chyba że przytrafią mi się jeszcze gorsze, które to przyćmią HEH. Pamiętam, jak trzymałam Wicia za rękę pocąc się i godząc ze śmiercią. No ciekawe przeżycie.
Miałam już za sobą kilkanaście, może nawet wiecej lotów, zwykle samotnie (serio) do Włoch, gdzie mierzyłam się ze swoją lotniczą fobią. Ktoś mi kiedyś powiedzial, że to kwestia przyzwyczajenia, ze mi przejdzie.
Nope, na dzień dzisiejszy mam za sobą 40+ lotów i może kilka mi się podobało, ale to chyba tylko dlatego, że hydroxyzyna lub xanax dobrze wjechały.
Z lataniem chyba nigdy się nie polubię, po prostu trzeba to zrobić, jeśli nie chce się dymać kilku/nastu tysięcy kilometrów na butach, czy samochodem... przez ocean.

Islandia okazała się chyba naszym amorkiem, bo to tam poczułam, że Witold jest zbyt fajnym facetem na przyjaciela. Przecież można sie przyjaźnić i kochać równocześnie, prawda? Otóż można i jesteśmy chyba tego najlepszym przykładem. Znamy się ponad 9 lat, a w tym miesiącu świętowaliśmy swoją pierwszą, słodką rocznicę.





Po raz kolejny zakochałam się, tym razem w tej szalonej, zimowej wysepce. Poraziła mnie ilość niewyobrażalnego piękna jak na tak mały metraż. Pogoda zmieniała się dosłownie albo co 200 metrów, albo co 10 minut. Przeżyliśmy wszystkie pory roku i zobaczyliśmy chyba każdy możliwy krajobraz. Od oceanu całującego góry, przez zielone pustkowia usłane konikami, po pola pełne głazów z wodospadami za rogiem. O ile tylko głazy mogą mieć rogi.
Pamiętam, jak pierwszego dnia chłopcy udali się zwiedzać lodowe jaskinie. Ja zostałam, bo przeraziła mnie perspektywa wydania 1000+ pln, by zobaczyć coś, czego nawet nie uda mi się fajnie sfotografować. Panowie wyposażeni byli w kilogramy sprzętu i chęci do dreptania, ja postawiłam jednak na chillout w kawiarni u podnóża lodowca Vatnajökull, jednego z największych w Europie, a z pewnością największego na Islandii.

Spędziłam 7 godzin robiąc zdjęcia moim iPhone 5s, pijąc herbatę z prądem, dolewki kawy, wcinając ciastka i patrząc jak ocean rozbija się o brzeg. Cudowne było to uczucie, gdy wybrałam się z moim czerwonym kubeczkiem na brzeg. Chciałam odpalić sobie muzykę i zrobić kilka zdjęć. Telefon postanowił się jednak rozładować, zostawiając mnie samą z ciszą i wodą. To było miłe, nawet się nie zdenerwowałam jakoś specjalnie. 




piątek, 3 marca 2017

#2 zimno? lećmy do Hiszpanii



Chciałam zachować ciągłość zdarzeń, ale i ciągłośc wypowiedzi, dlatego ten wpis będzie małym wtrąceniem. Opisuje nasz pierwszy wspólny (mój i Wicia) wypad za granicę, nie mogłam więc go pominąć.
Zimą 2017 roku, gdy w Krakowie panował smog i nieprzyjemny mróz, zaczęliśmy szukać z Witkiem jakiejś odskoczni od tego smutnego łez padołu. Po kilku propozycjach i rekomendacjach wybór padł na hiszpańskie Alicante. Nie pozostało nic innego jak kliknąć bilety, nocleg, samochód i zacząć się pakować
Polecieliśmy tam na 3 dni. To były intensywne 3 dni i mam wrażenie, że w te 72h zobaczyliśmy dużo więcej niż niektórzy leniwi turyści wpadający gdzieś na tydzień.
Było przytulanie palem, które bardzo lubię i szanuję:


Było przesiadywanie na kamieniach i słuchanie szumu morza:

Było chodzenie nie po pasach:

Były dziwne konfesjonały:

Było różowe jeziorko, które w rzeczywistości nie wyglądało juz tak różowo.
Pesymistyczne jeziorko:

P.S Salina de Torrevieja, po prostu podjechaliśmy od dupy strony chyba

Jakiś samochód pocałował nasz samochód:

Było ąszuła na plaży, tak jak sobie zaplanowałam: 

Była śmieszna kapusta:

Było bieganie z zakupami wokół zamku:

Był nadzwyczajnie duży byk:

Były samoloty z piasku:

Była też marmolada morelowa na lotnisku. Scyzoryk przydał się nie tylko do wina.

Był też czas na ubzdryngolenie się na plaży dwiema butelkami wina. Bagaż podręczny nie pozwolił nam na zabranie ze sobą scyzoryka tudzież otwieracza (mogliby to wreszcie zmienić?) więc musieliśmy takowy otwieracz zakupić. Pech chciał, że sam otwieracz przymocowany był do kartonika trytytką. Przydałyby sie nożyczki, prawda?
Eh, no i lądujesz sobie w takim ciepłym kraju w lutym, masz ochotę posiedzieć na plaży z winem i serem i tyle problemów, zawsze!
Finalnie w ruch poszły chyba witkowe zęby, jak zwykle uratował sytuację.
Wypiliśmy te dwie butelki, zjedliśmy ser pleśniowy President razem z papierkiem. No bo kto by pomyślał, że super praktyką będzie zamontowanie turbo cieniutkiego papirusu wokół białego sera z zewnątrz przypominającego papirus per se? Przypomnę, że byliśmy podpici no i było ciemno.
Najledliśmy się mandarynek i przyszła pora na fikołki. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła sobie krzywdy. Przecież nie umiem robić ani gwiazdy ani pajacyków, więc po co się biorę za takie rzeczy? Zapytajcie tych, którzy po butelce wina zachowują zdrowy rozsądek. Witek też nie lepszy, bo zalał sobie buty ześlizgując się z kamienia do wody.

Jakby tego było mało, było też serowe radio:

Jednego wieczora biegałam w piżamie i z ręcznikiem na głowie po ulicy przed hotelem. Dotykałam także kapustę ozdobną w parku pełnym palmowych drzew.
Nie obyło się bez babek z piasku, tańców, śpiewów i głaskania piesków.
A to były tylko 3 dni!