niedziela, 24 lutego 2019

#1 jak to się stało, ja nie wiem...


W tym roku stuknie mi 26 lat, a ja się wzięłam za pisanie bloga. Jakiś kryzys? Odbiło mi?
Chodziło mi to po głowie od pierwszych wyjazdów, ale jakoś nie potrafiłam nigdy pozbierać myśli na bieżąco, w trakcie. Mam bałagan w pokoju, w głowie i w plikach, więc kompletując zdjęcia do postów będę musiała się nieźle naszukać, przetrzepać stare foldery, telefon chłopaka i głowę - w poszukiwaniu wspomnień. Okazuje się jednak, że pamięć mam chyba całkiem dobrą, bo zaczełam sięgać do wspomnień sprzed niespełna 3 lat i coś tam jeszcze zostało. Zdjęcia pomagają :)
Tak więc postaram się tu przypomnieć jak to się stało, że zaczęłam sobie jeździć, co na to wpłynęło i jak to się toczyło. Post jest dośc długi, więc jeśli Cię to nie interesuje, możesz odpuścić. 


Od małego brzdyla po głowie chodziła mi Australia. Zainspirowana "ciocią" - przyjaciółką mamy, która nie znając słowa po angielsku zwiała z Polski do krainy kangurów, uznałam że ja też tak chcę i mogę, no bo czemu nie? Przez lata marzyłam o jakimkolwiek zagranicznym wyjeździe, zieleniejąc z zazdrości na widok zdjęć z wakacji, wrzucanych przez moich znajomych na facebookową tablicę.
Gdy rutyna uderzyła mnie tak mocno, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zaproponowano mi wyjazd na projekt Erasmus + do Varazdin w Chorwacji. Na decyzję miałam kilkanaście minut, na spakowanie się chyba dzień. Tyle samo czasu mialam na to, by dotarło do mnie, że być może właśnie spełni się moje małe-wielkie marzenie o jakimkolwiek zagranicznym wyjeździe.
Takim oto sposobem, latem 2016 roku pojechałam na pierwszy w swoim życiu projekt i co za tym idzie - pierwszy raz postawiłam stopę za granicami tego kraju. :D



W drodze do hotelu zahaczyliśmy nawet o Balaton. Pamiętałam go z opowieści mamy i babci, bo całą rodzinką lubi sobie pojechać tu i ówdzie. Standardowo była to kolejna miejscówka znana jedynie z opowieści, książek czy internetu. Balaton mnie rozczarował, ale co odhaczone, to odhaczone, nie? Po bodajże 10 godzinach jazdy samochodem i ze łzami w oczach ( z bólu, tak strasznie bolała mnie dupa od siedzenia w aucie) dojechaliśmy do hotelu. Projekt trwał 10 dni, jeśli dobrze pamiętam. Poznałam tam masę ciekawych, barwnych ludzi, w tym Anitkę z Warszawy, która gorąco całuję i za którą tęsknię, mimo że nie mamy teraz raczej kontaktu.


Dni jednak szybko upływały przy dobrej zabawie i przyszła pora na powrót.
Nie zdążyłam się naopowiadać, jak to fajnie mi tam było, jak pojawiła się perspektywa kolejnego wyjazdu, tym razem nieco bliżej, bo do podhalańskiej wioski - Poronina! Udałam się tam z przyjaciółką - Igą, co znacznie podniosło jakość całego pobytu. Kto gdziekolwiek jeździł z przyjaciółmi wie o czym mówię :D Dla mnie był to pierwszy taki wyjazd, więc frajdy razy dwa. Dodatkowo udało nam się uniknąć rozgardiaszu związanego ze światowymi dniami młodzieży, którego za wszelką cenę chciałam uniknąć. Udało mi się.
Projekt ten niespodziewanie odwrócił moje życie do góry nogami, bardziej niż mogłabym się tego spodziewać. Bariera językowa wciąż dawała się we znaki, nie zabrakło zadyszek, braku tchu, nudności i problemów żołądkowych. Do dziś nie wiem, czy bardziej spowodowanych strachem, czy kacem na którym byłam codziennie. :D Ponadto poznałam tam Włocha, z którym spędziłam kolejne, wyboiste 1,5 roku życia. Jeździłam do Włoch kilkanaście razy, zakochując się w tym kraju i w podróżowaniu coraz bardziej.
Kolejnym wyjazdem była Malta. To z kolei mój pierwszy wycieczek samolotowy. 


No i tu pojawiły się schody. Na tapetę po raz kolejny wjechał mój strach przed nowościami i wychodzeniem poza swoją strefę komfortu.
LOT. Te trzy litery przerażały mnie chyba bardziej, niż wizyta u dentysty podczas tornada. Decyzję o udziale w projekcie trzeba było podjąć dość szybko, bo bilety same się nie kupią. Decyzję podjęłam bardzo szybko, w podekscytowaniu i głodzie podróży. Chwilę później przypomniałam sobie jednak, jak obiecałam sobie, że pierwszy i jedyny raz gdy gdziekolwiek polecę, będzie do Australii, w jedną stronę i bez powrotu.
Gotowa byłam odwołać całe zamieszanie i nie lecieć. Po raz kolejny ze stresu. Przełamałam się jednak i nie żałowałam. Pierwszy lot na prochach (w sumie dalej to stosuję) i widok obłoczków pod nogami wywołał u mnie rzewny płacz, z radości. Nie pamiętam, bym kiedyś czuła się tak wolna i szczęśliwa jak poczułam się wtedy. Uspokoiłam jedynie pasażerów obok, mówiąc że to mój pierwszy raz a ja ryczę bom wrażliwa.




W Malcie zakochałam się bez pamięci. Projekt był średnio udany, niezbyt zorganizowany. Pozwoliło to jednak na 12 dni korzystania z uroków tej słonecznej wysepki. Nawiązałam kilka fajnych znajomości i znów poczułam, ze nie chcę do Polski. Na Malcie miałam wszystko. Byłam w udanym związku, prażyłam się w słońcu, wreszcie komunikowałam się po angielsku już bez stresu, to chyba tam pękła ta granica.
Musiałam jednak zmierzyć się z powrotem, skupić na studiach, walce o stypendium i samorozwoju.
Latałam do tych Włoch, zjadałam niezliczone ilości pizzy i wypijałam niezliczone ilości wina.
Wyżej wymieniony związek po jakimś czasie okazał się być bardziej niż nieudany, więc po przecierpieniu dłużej niż się powinno związek zakończyłam i dreptałam przez życie dalej. Na studiach szło mi bardzo przyzwoicie, zdobywałam stypendia i starałam się cieszyć życiem. Plan był taki - jeździć dalej na projekty, ale zakotwiczyć się w jakiejś agencji na etacie. Mimo że zawsze wolałam tego uniknąć, chciałam jednak zająć czymś głowę i skupić się na sobie.
Jak to w życiu bywa, plany z reguły zostają planami, a to co przychodzi samo potrafi zaskoczyć, same plany bywają zaskoczone przebiegiem zdarzeń. Zacieśniły się więzi między mną a moim ówczesnym przyjacielem - Witoldem. Codziennie oglądaliśmy filmy, lataliśmy to do kina to coś zjeść. Tu jakieś fotki, tu jakieś zakupki, czy piwka ze znajomymi. Nie jestem już duszą towarzystwa, jaką byłam za czasów liceum. Niechętnie wychodzę z domu, niechętnie widuje się z ludźmi. Witold był chyba jedyną osobą, przy której czułam się bardziej sobą, niż czuję się przebywając w swoim własnym towarzystwie. Pamiętam, jak na balkonie przy ustalaniu szczegółów wyjazdu na Islandię zaproponował mi "wyskok" do Stanów. To chyba jedyna osoba, z którą poruszane tematy nie pozostają w sferze "może kiedyś", w stylu spotkania znajomego na ulicy i rzucenia mimochodem "zdzwonimy się". To, co planujemy, o czym rozmawiamy - wcielamy teraz w życie. Z reguły dzieje się to dość spontanicznie i raczej szybko. Przy tym człowieku chce mi się żyć i robić rzeczy, chce mi się wreszcie wstawać rano z łóżka. Ale o tym potem, po kolei...