Na Islandii z której wróciliśmy tydzień temu doswiadczylismy zorzy dwukrotnie. Nie mniej jednak nie było to tak spektakularne jak rok wcześniej. Jutro wylatujemy więc na Lofoty, w poszukiwaniu uber zórz.
Lofoty, a wręcz cała norweska północ to raczej jeden z tych całorocznych kierunków. Główny sezon, czyli moment gdy przewija się tam najwięcej azjatów, to będzie raczej sezon letni. Latem, w lipcu i sierpniu jest na Lofotach najcieplej, bo temperatura sięga AŻ kilkunastu stopni. Jedna strona pokazała mi, że temperatura w ciągu lipcowego/sierpniowego dnia to najczęściej ok. 12 stopni.
Ta sama strona pokazała, że w lutym/marcu będą to 2 stopnie. I faktycznie, w niektórych miejscach, w słonku mogło tyle być. Gorzej, jak natrafi się na brzydki, wietrzny dzień. Wówczas odczuwalnie może być znacznie gorzej. Temperaturę w ciągu dnia można jednak znieść, problem pojawia się nocą. Przy naszym budżetowym podróżowaniu autko jest naszym domem, a że temperatury nocą spadają, a wiatr rośnie - można zmarznąć.
Ja podróżuję z pożyczonym od Witka śpiworem -14 komfort. Nie powiedziałabym, by przy 0' jest w nim komfortowo i ciepło, ale może po prostu za słabo się ubieram pod spodem. :D
Ale co poradzić. Człowiek przez cały tydzień śmiga w tych wszystkich warstwach, butach, skarpetach lub kilku parach skarpet i ma ochotę na noc ściągnąć z siebie całe to cholerstwo. Albo chociaż jedną warstwę.
No i często ta jedna warstwa okazuje się błędem, bo nocą nawet zwijanie się w kłębek nie pomaga.
Jest 23:30, a my uskuteczniamy sztukę pakowania. Przy jednym
rejestrowanym i jednym prioryty spakowanie trzech osób, śpiworów, żarcia
i fantów jest nie lada wyzwaniem.
Dalej. Prognoza zorzowa mówi, że chyba będzie warto. Jeśli tylko nie będzie jakiegoś dużego zachmurzenia.
Wstajemy dosc wcześnie, bo pociąg do Gdańska mamy o 5:50 z Dworca Głównego w Krakowie.
Suniemy Pendolino na samolot do Tromsö.
Jak na każdym tripie standardowo nie mogłoby się obejść bez jakiegoś
fakapu na starcie.
Fakap pierwszy:
Zamiast Pendolino na którego wydaliśmy finalnie po 200 polskich złotych,
podróż do Gdańska odbyliśmy Intercity. Reklamować niby można, ale mimo
wszystko trochę byłam zawiedziona.
Podróż przebiegła jednak całkiem przyjemnie i zgodnie z czasem.
Fakap drugi:
Przechowalnia bagażu okazała się zamknieta. Mocno wzięli sobie do serca to bezpieczeństwo. Podróżowaliśmy z 20+ kilogramowa walizka, mniejsza walizka, trzema plecakami i siatka. Przechowalnia by się jednak przydała.
Dworzec był w przebudowie jak po wojnie. Udaliśmy się do głównego budynku starego dworca, gdzie piktogramy pokierowały nas na skrytki bagażowe.
Also tricky, bo nie przyjmowały płatności karta, jedynie bilonem. Żaden ze sklepów w okolicy nie chciał rozmienić. Finalnie po dyskusji z jakaś niemiła suka w Rossmanie udało mi się rozmienić 50 zł na drobniejsze przy zakupie wody za 1,99. Tej samej wody, która poszła na kontrole osobista w siatce, bo zapomnieliśmy jej wypić.
20 zł wymieniłam z kolei na bilon dzięki uprzejmości miłej Pani, która miała akurat wyliczone równe 20 w portfelu. Portfel lżejszy.
W drodze powrotnej spotkałam Witka wracającego z toalety z bilonem.
Zwycięstwo!
Czyżby?
Skrytka przyjęła 12 zł w monetach, po czym postanowiła się zaciąć. Zjadła nasze pieniążki i finito. Po spytania ochroniarza co mamy robić, skierowani zostaliśmy do przechowalni dworcowej usytuowanej na -1 pietrze budynku. Dobrze wiedzieć, piktogramy się przydały.
Wydawszy ok 30 zł udaliśmy się na Starówkę lżejszy o kilkadziesiąt kilogramów.
Zahaczyliśmy o mleczny Bar Turysty, gdzie wsunęliśmy po pysznym schabowym i kilku innych smakołykach. Serio polecam, fantastyczne obiady za bardzo fantastyczne monety.
Gdańsku, gdzie masz ławeczki?
Cholernie ciężko tam gdziekolwiek usiąść w słoneczku.
Po małych zakupach i wizycie w McDonaldzie udaliśmy się by odebrać nasz bagaż i ruszyć uberem w drogę na lotnisko.
Mini fakap: waga rejestrowanego bagażu przekroczona o kilka kilogramów.
Wyjąwszy buty trekkingowe, termos, materac i klasztorów z jarmużem i
czosnkiem zmieściliśmy się w limicie wagowym z 200 g. luzu.
Kontrola osobista przebiegła bardzo sprawnie. Lotnisko bardzo zgrabne,
palarnia bardzo ładna i pachnąca. Uzupełniliśmy zapasy wódki na handel i
ruszyliśmy na przyspieszony boarding. Pierwszy raz zdarzyło mi się, ze
boarding zakończył się przed czasem i wystartowaliśmy również za wczasu.
Zamówiłam piwko i czekam na serwis kosmetyków. Nigdy jeszcze nie kupowałam takich pierdol kilkanaście kilometrów nas ziemia. Wiec postanowiłam, ze z rabatem 5€ zakup perfum do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu to dobry pomysł.
Z lotniska przemierzaliśmy jakieś 200 m do naszego wypożyczonego samochodu. Niby 200 metrów, a przemokło wszystko. Pogoda nie przywitała nas miło, a chyba raczej chciała powiedzieć co innego.
Wtorek. Buty wyschły, brzuszki pełne. Wyspaliśmy się słodko u Polaków w
Tromso i ruszamy dalej.
Przekonaliśmy się, ze nie opłaca sie kupować chleba ani soków.
Generalnie będąc turysta nie opłaca się tu jeść za bardzo. Wiedzieliśmy
ze tanio nie będzie, ale nie spodziewałam się ze będzie tu aż dwa razy
drożej niż na Islandii. Kilkanaście złotych za sok pomarańczowy, colę
czy chleb. To samo z jogurtami, chrupkami i reszta słodyczy. No bardzo
drogo. Opłaca się natomiast kupić banany, pomarańcze i pomidorki
koktajlowe, bo w sezonie zimowym taniej chyba niż w moim Tesco. Dobrze,
ze pol walizki z Polski wypchalismy konserwami, zupkami i kaszotto.
Jest srodowy wieczór, na zorzę się nie zanosi, bo zachmurzenie srogie.
Chłopcy odkryli ze na Shellu w którym poszłam siku są hot-dogi za 6,60
pln. Taniej niż woda w Remie 1000.
Byliśmy zdziwieni, ze w skład hot doga wchodzi jedynie bułka i parowka.
Gdzie cebulka, gdzie sosy? Doczytaliśmy na tablicy, ze chyba płatne
drugie tyle.
Zgubiłam rękawiczki. Znalazłam rękawiczki!
Toaleta przy plaży, jedyna otwarta w okolicy wyglądała niestety jakby kogos tam rzucało po ścianach od biegunki. Nie rozumiem, jak ludzie mogą zostawiać taki syf po sobie.
Nie przeszkodziło nam to jednak w przyrządzeniu sobie rosołu, herbatki i zupek chińskich.
Udało nam się załapać finalnie na zorzę, jednak znikała ona co chwile za gęstymi chmurami.
Zdjęcia jednak wyszły ciekawie, czekam aż Witek obrobi, to wrzucę. :)
Noc była ciężka, bo po raz drugi trafiliśmy na auto, w którym fotele nie kładą się na płasko. Efekt? Połamane plecy i siniaki wszędzie. Na szczęście nawet nie zmarzłam, na co Witek z kolei narzekał. Nawet śniło mu się, ze wrzucił do śpiwora 5 grzejących saszetek.
Czwartek.
Okazało się, ze mój tygodniowy zapas jedzonka Witek zostawił w pokoju na
biurku. Dzięki!
Zmuszona byłam wiec kupić coś do przyrządzenia na ciepło. Takim oto
sposobem na najtańsze: noodle, puree, puszkę cieciorki i żelki wydałam
45 zł.
Smutno, bo to dopiero drugi dzień...
Zjadłam właśnie noodle o mydlanym posmaku.
Lofoty raczej nie są miejscem zbyt przyjaznym ludziom podróżującym w takim trybie jak nasz. Może być wygodnie przy noclegach w hostelach, czy korzystaniu z kampera. Żyjąc w kombi w trzy osoby jest to jednak cięższe. Zawsze ktoś jest z tylu, zwykle ja, a co wieczór trzeba przewalać wszystko z tylu na przód by móc się tam upchnąć do spanka. Tutaj jednak ze świecą szukać publicznych toalet. W toaletach zwykliśmy się ogarniać z trzydniowego smrodu i gotować. Tutaj ciężko o takie miejsce, nie mówię już o potrzebach fizjologicznych. Nie widuje za bardzo sklepów z pamiątkami, ani visitor centers, Lofoty nie są jednak nastawione na turystów i nie ułatwiają im życia.
Czy przyszło Wam kiedyś do głowy, ze Muminki to po prostu krowy?
Naszej trójce nigdy. Dopiero dziś, gdy Witek otworzył czekoladowe mleko
zauważyłam w zwierzątku na opakowaniu podobieństwo do Muminkow.
Początkowo tylko z pysia. Później jednak zorientowałam się, ze przecież
maja ogonki, grzywki i krowy jak one, do tego oryginalna nazwa MOOmins
do czegoś ewidentnie nawiązuje. Jeśli kogos tym oświeciłam i odmieniłam
mu dzieciństwo, nie ma za co. Jeśli jednak to było oczywiste, a do nas
dotarło o 20-pare lat za późno - przepraszamy.
Dużo rybich głów na raz w jednym miejscu. Dowiedzieliśmy się, że tuszki eksportowane są do Portugalii, a głowy lecą do Kenii.
Takie tam ponoć lubią przysmaki.
Nie udało mi się zweryfikować tej informacji, a szukałam potwierdzenia. Pozostawiam to Wam.
Piątek wieczór. Jesteśmy już na noclegu, mamy szansę odetchnąć. Pogoda nie jest zbyt ładna, cały dzień burze śnieżne i mocny wiatr, co w sumie usprawiedliwia nasze lenistwo. Zaplanowaliśmy sobie gotowanko i ucztę, ale Wicio dosolił posolone już wspomniane wcześniej kaszotto, niestety poszło do kosza.
W ruch pójdzie chyba moja ciecierzyca, albo chleb z serkiem.
Wyjazd raczej zaliczam do udanych. Mimo wszystko martwi mnie trochę
fakt, że z każdym zobaczonym krajem tudzież regionem coraz mniej rzeczy
mnie zaskakuje i zachwyca. Musimy sobie odpuścić na jakiś czas tego typu
kierunki, żeby się bardziej nie przejadło. Zimowe kierunki fajne są
podczas naszej polskiej zimy dlatego, że tutaj i tak trwa plucha, zimno i
ciemno. Dlaczego by więc nie wyjechać gdzieś gdzie jest zimno, ale
ładnie? Takim oto sposobem zobaczyliśmy tej zimy Szkocję, Islandię po
raz kolejny oraz właśnie północ Norwegii.
Może to przez to, że tydzień wcześniej byłam na Islandii po raz drugi?
Nie wiem.





















